Rozmowa z Anną Okońską-Walkowicz

W ostatnim wydaniu Newslettera STO rozpoczęliśmy nowy cykl redakcyjny - wywiady z ciekawymi osobami, nie tylko z STO. Pierwszy wywiad to rozmowa z Anną Okońską-Walkowicz, Prezes STO, o początkach szkół społecznych, budowaniu marki STO, o marzeniach rodzicach i o tym, dlaczego opłaca się być dobrze wychowanym.

W ostatnich miesiącach wiele szkół STO świętuje swoje jubileusze 25-lecia. Pani doskonale pamięta początki wielu z nich. Co wysuwa się na plan pierwszy w tych wspomnieniach sprzed dwudziestu kilku lat?

Był rok 1987, w głowie warszawskiego lekarza weterynarii Wojciecha Starzyńskiego rodził się pomysł niezależnej, wolnej szkoły tworzonej przez rodziców, którzy jego zdaniem najlepiej wiedzieli, co potrzebne jest ich dzieciom. Sam Wojciech Starzyński w kontaktach ze szkołą swojego dziecka doświadczał bardzo mocno jej słabości. Jako osoba związana z opozycją upowszechniał pomysł w kręgach swoich znajomych. Stopniowo coraz więcej osób związanych z opozycją lat 80. w różnych częściach kraju zostało „zarażonych ideą”. W 1988 roku udało się zarejestrować Społeczne Towarzystwo Oświatowe, które rozpowszechniało pomysł w całym kraju. Rok później zaistniała, wypracowana i upowszechniona przez STO, prawna możliwość zakładania szkół. Pierwszy minister edukacji w wolnej Polsce, profesor Henryk Samsonowicz za namową osób związanych z STO powołał w ministerstwie komórkę do wydawania zezwoleń na prowadzenie szkoły.
Niepubliczne placówki zakładali przede wszystkim odważni, ambitni i aktywni rodzice skupieni w Społecznym Towarzystwie Oświatowym lub inspirowani i instruowani przez stowarzyszenie. Robili to w trosce o dobrą, mądrą edukację swoich dzieci. Chcieli przede wszystkim ich podmiotowego traktowania, historii i języka polskiego bez cenzury, efektywnej nauki nowożytnych języków obcych, informatyki i pracy w małych grupach. W ówczesnej szkole państwowej nie było wtedy na to najmniejszych szans. Warto też pamiętać, że mamy w Polsce miejsca takie, jak Człuchów, gdzie szkołę założyli w strukturach naszego stowarzyszenia twórczy nauczyciele odczuwający w szkole państwowej brak możliwości realizowania swoich nauczycielskich marzeń o wolnej szkole, bogatej w niekonwencjonalne, a służące rozwojowi uczniów rozwiązania dydaktyczne i organizacyjne.

Jakie marzenia, ambicje mieli założyciele szkół?

Decyzjom o powstawaniu szkół towarzyszył ogromny optymizm i entuzjazm, chociaż pojawiało się także przerażenie i zwątpienie wobec piętrzących się trudności organizacyjnych. Brak lokali, brak wiedzy prawnej dotyczącej nowej rzeczywistości, nieprzychylność lokalnej władzy oraz postkomunistyczna niechęć do wszystkiego, co nowe, niezależne, niepaństwowe. Na szczęście entuzjazm i nadzieja brały górę, a pytające spojrzenia pierwszych zapisanych dodawały skrzydeł. Każda powstająca szkoła była inna, zależnie od potrzeb założycieli. Rodzice zdolnych dzieci tworzyli bardzo ambitne programy, stawiali wysokie wymagania i kandydatom do szkół, i zapraszanym do pracy nauczycielom. Dążyli do wiązania szkół z uczelniami wyższymi, co natychmiast podnosiło ich prestiż i ściągało chętnych. Innym zależało, aby ich szkoła była wzorcowym miejscem integracji i troski o stymulację rozwoju dzieci, które miały trudności w nauce. Dla jeszcze innych nadrzędną wartością była wolność, która jawiła się jako motto szkoły, dlatego dbali o to, aby edukacja była wolna od wszelkiej dyscypliny, przymusu i tradycji. Z czasem te, które przetrwały, upodabniały się do siebie, a rodzice założyciele jako animatorzy i liderzy zaczęli ustępować miejsca swoim następcom, którzy podejmowali się dyrektorowania i prowadzenia szkół.

Szkoły STO powstawały w miastach, w których inne szkoły miały już ugruntowaną pozycję. Czy budowanie marki szkół społecznych było trudnym procesem?

25 lat temu szkoły STO, zwłaszcza szkoły podstawowe, bardzo różniły się od samorządowych, były o wiele lepsze. Proponowały wiele nowatorskich metod i narzędzi zupełnie nieznanych wówczas w edukacji. Były pionierami w kwestiach takich jak: podmiotowe traktowanie ucznia, edukacja w zabawie, projekty edukacyjne, atrakcyjne i skuteczne nauczanie języków obcych, barwne sale lekcyjne, niewielkie klasy czy angażowanie rodziców w życie szkoły. Dziś nie jest to żadne zaskoczenie, ale wtedy były to działania zupełnie prekursorskie. Inni mogli się tylko uczyć się od szkół STO takiego otwartego, nowoczesnego podejścia do edukacji. Dlatego rodzice lgnęli do szkół społecznych i szkoły samorządowe nie stanowiły tu żadnej konkurencji. Nie było potrzeby podejmować specjalnych działań promujących, szkoły podstawowe STO miały od razu dobrą renomę. Natomiast trochę więcej wyzwań stwarzało wypromowanie liceum społecznego, ponieważ prawie każde miasto ma przynajmniej jedno dobre, prestiżowe liceum, z którego uczniowie są dumni. Tu konkurencja była i jest większa.

Szkoły STO mają nie tylko uczyć, ale też wychowywać. Jak uczeń skorzysta na takim wychowaniu?

Dobra szkoła wspiera wszechstronny, harmonijny rozwój ucznia: duchowy, fizyczny, poznawczy i emocjonalny. Organizuje proces wychowania tak, aby niczego nie przeakcentować, aby zapewnić harmonię. Absolwent szkoły, która nie tylko uczy, ale i wychowuje, odnosi korzyści z tego tytułu do końca swojego życia. Dlaczego? Ponieważ jest lepiej przygotowany do wielu życiowych sytuacji, umie odnaleźć się w społeczeństwie, podejmować określone role społeczne, dobrze komunikuje się z innymi, jest rozumiany i lubiany, a także ma swoje zdanie i potrafi go skutecznie bronić, dzięki czemu żyje w zgodzie z samym sobą. Te korzyści obejmują całe spektrum różnorodnych doświadczeń życiowych. Warto więc dobrze wychowanym, nie tylko dlatego że według wierzących pójdzie się do nieba, a według agnostyków – będzie się miało satysfakcję z dobrego życia. Warto być dobrze wychowanym, ponieważ wtedy po prostu ciekawiej i lepiej się żyje.

Dziękujemy za rozmowę!